piątek, 9 listopada 2012

Kolejne dni leciały strasznie szybko, nie wydarzyło się nic co mogło by przykuć uwagę. Wszystko było bardzo monotonne. Wstać, poranna toaleta, jakoś wytrzymać w szkole, wrócić i wytrzymać do wieczora albo iść na trening, wrócić, kąpiel i spać xd Na treningach po tak długiej przerwie czyli wakacjach grałam jak sierota. Już jutro do domu, w końcu. Cieszyłam się tym jak zbawieniem jakiś. W piątek rano od razu wstałam z łóżka (co było jakimś przełomem bo zawsze dziewczyny mnie z niego zdzierały), potem dość szybko się ubrałam i ogarnęłam twarz i włosy. I tym razem to ja zrobiłam dziewczyną pobudkę, która nie mogła się nie udać. Włączyłam im budzik, gdzie najlepszy jest refren "hej miśki, czas wstać! Jak można tak spać...". Wszystkie wyskoczyły jak poparzone z łóżek, a ich zdziwienie, że tym razem to ja już gotowa było rozwalające. One też dość szybko się przygotowały, i mogłyśmy iść. W drodze na stołówkę z przeciwnej strony szedł chłopak z biblioteki. Na naszych twarzach pojawiły się uśmiech, a na policzkach różowiutkie rumieńce. Kiedy przechodził obok mnie lekko szturchną mnie ramieniem i szepną cichutkie "Cześć". Ja już nie zdążyłam mu odpowiedzieć i tylko się uśmiechnęłam. Udany poranek daje udany dzień. I taki był, lekcje minęły szybko, potem obiad i musieliśmy szybko się dopakować bo zaraz na lotnisko. Potem z walizami na korytarz. Jeny ile nas jest o.0 Dopiero teraz to sobie uświadomiłam kiedy na korytarzu był taki ścisk, że ledwo co dało się przejść.  Autobus czekał już przed szkołą. Szybko do niego wsiedliśmy i na lotnisko. Tam już pędem bo na nasz lot strasznie mało czasu. Na szczęście byliśmy dokładnie na czas. Wsiedliśmy i zajęliśmy miejsca.  Czas w samolocie zleciał strasznie szybko. Potem na lotnisku we Wrocławiu czekali już rodzice. Miłe przywitanie i do samochodu. Potem już tylko do domku :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz